Marszałek polskiego Sejmu przybył do Kijowa niczym Bolesław Chrobry, który w 1018 r. dokonał symbolicznego zdobycia jednego z głównych miast XI-wiecznej Rusi Kijowskiej. Podkreślam, jednego z miast, a nie stolicy, gdyż Ruś Kijowska była wczesnofeudalnym terytorium ze wszystkimi jej atrybutami. Przykładem jest fakt, iż pokonany przez Bolesława książę kijowski Jarosław (znany w historii jako Jarosław Mądry) salwował się ucieczką do innego, równie ważnego ośrodka Rusi, Nowogrodu Wielkiego. Kijowska mowa Czarzastego w Radzie Najwyższej i niedyplomatyczne epitety pod adresem Prezydenta Rosji w polskiej historiografii i jej symbolicznym pustosłowiu pełnią na razie rolę analogiczną jak „szczerbiec” Bolesław Chrobrego. Thomas Merton, trapista, poeta, pisarz, myśliciel określił współczesne stosunki międzyludzkie jako „cywilizację hien”. Hieny to ssaki drapieżne, stadne, które mają bardzo silne poczucie klanowości. Osobniki spoza klanu są zabijane w niezwykle brutalny sposób. I na tym m.in. zasadza się także pojęcie krucjaty, które jest mniej więcej od 1000 lat istotą cywilizacji Zachodu. I pomimo zmian, jakie zaszły w ostatnich dekadach w świadomości Europejczyków, w ich kulturze, w pojmowaniu pluralizmu i liberalnej demokracji, idea krucjaty jest przez cały czas żywą. To niejako echo dawnych przekonań, wiary w swoją doskonałość i wynikających z nich działań. W czwartą rocznicę rozpoczęcia otwartej wojny na Wschodzie Europy takie refleksje są jak najbardziej racjonalne. To forma ekspansji, którą Zachód realizuje praktycznie od wieków wobec reszty świat, zwłaszcza swych wschodnich sąsiadów, Europejczyków ale tych INNYCH. Bo uznaje ich za gorszych. Za każdym razem zmieniają się jedynie uzasadnienia i argumenty prowadzenia krucjaty. Zależne są od czasu, potrzeb i okoliczności. Mainstreamowe media w Polsce przyjęły za religijny dogmat ową 4-tą rocznicę, co jest absolutną nieprawdą. Ta wojna jako „wojna zimna” rozpoczęła się jeszcze w 2014, a jeżeli oprzeć się na wyznaniach Victorii Nuland, byłej szefowej biura ds. Europy i Azji w amerykańskim Departamentu Stanu, w 2005 roku. Kultura dzisiejszej Europy jest wypadkową całej historii tzw. Zachodu, przynajmniej ostatnich 1500 laty. Echa Rzymu i antycznej Grecji są wtórne, choć greckie rozumienie barbarzyństwa tego co pochodzi spoza Hellady, nie może ujść uwadze. Główne piętno w tej materii wywarła jednak tradycja judeochrześcijańska ze swym rozumieniem prawdy, zbawienia i millenaryzmu. Millenaryzm jako koncepcja mesjańskiej oraz wiecznej wizji szczęśliwości i zbawienia jest cały czas, w różnych figurach, obecny w narracji „prawdziwych Europejczyków”. Polacy tak chętnie po 2004 roku, po przystąpieniu do UE, uważają się za tych „prawdziwych Europejczyków” i podkreślają przy każdej okazji ekskluzywność i elitarność tego klubu. Przez to się dowartościowując, a ono zawsze jest kosztem innych, drugich, gorszych. Z tej pozycji chcą patrzeć na ludzi spoza tego klubu z wyższością neofity, zwłaszcza wobec Rosjan. Mimo deklarowanej solidarności i wsparcia, do Ukraińców rosyjskojęzycznych także.
To jest poczucia absolutnego szczęścia towarzyszące z wstąpienia do klubu niosącego elitarność i ekskluzywność tak charakterystycznego dla wszystkich neofity. choćby gdy jest to obecność fasadowa, bo UE dla reszty nie-zachodniego świata jest projektem silnie wyblakłym i przemijającym. Takie myślenie jest niezwykle charakterystyczne dla jednostek i zbiorowości porażonych syndromem nie dowartościowania. W naszym przypadku dochodzi jeszcze toksyczna wizja Polski jako przedmurza chrześcijaństwa zachodniego wzmacniająca taką mentalność. To wersja religii chrystusowej w jej militarnej krucjatowo-mesjańskiej, ofensywnej i nietolerancyjnej wersji. Bo mówiąc Heglem wszystkie wytwory zachodniej kultury zostały ukąszone religijnymi konotacjami, judeochrześcijańskim myśleniem i taką interpretacją rzeczywistości. Również jak dziś widzimy, Oświecenie i liberalizm nie ustrzegły się tego ukąszenia, wchodząc w buty judeochrześcijańskiej tradycji. Nie na darmo Bóg chadza często w butach diabła (Karl Heinz Deschner).
Wystąpienie Włodzimierza Czarzastego w Kijowie idzie tym samym torem myślenia. Zaprezentował je już przed 400 laty apologeta kontrreformacji oraz nieszczęsnych „dymitriad” Paweł Palczowski. Kalwin, ale mentalnie zachodnioeuropejski krzyżowiec, uważający chrześcijaństwo wschodnie wraz z jego wszystkimi wytworami i atrybutami, jak coś gorszego. Jako przedmiot do nawrócenia. Wtedy chodziło o prawdy religijne, dziś polityczno-kulturowe. W 1609 r. napisał: „A nam jak najsnadniej do państwa moskiewskiego przyjść aniż inszym do tamtych Indów, każdy to baczyć może. A dostawszy tego moglibyśmy też potężnością i bogactwem i każdym narodom i królestwom w chrześcijaństwie dorównać”. I o to chodziło wtedy i o to chodzi dziś. Argumenty religijne, etyczno-moralne, pro-demokratyczne czy liberalne są zasłoną dla kolonizacji, podboju, eksploatacji. A wszystkie symboliczne i retoryczne figury, oświadczenia czy uzasadnienia służą wyłącznie zawoalowaniu tych oczywistych choć nie popularnych z różnych względów prawd.

1 tydzień temu





