Słuchajcie, w ciągu ostatnich 72 godzin naoglądałem się tyle jakiegoś pop-przemocowego, pop-prowojennego szajsu publikowanego na oficjalnych profilach Białego Domu w mediach antyspołecznościowych, iż naprawdę trudno się nie porzygać. Obejrzałem też fragmenty briefingu Hegsetha, zobaczyłem tę nawiedzoną babę, która chyba chciałaby zostać ajatollahem USA, a jest jakąś główną doradczynią spirytualistyczno-religijną Donalda Trumpa. Potem jeszcze ten jakiś egzorcyzm w Gabinecie Owalnym…
Serio – to jest jakiś rodzaj nowego nazizmu, takiego z Netflixa chyba. Nie z III Rzeszy, choćby nie z Ukrainy, tylko wprost z Netflixa, Disney Channel i SkyShowtime jednocześnie.
I jeszcze, kiedy tak przeskakuję pomiędzy różnymi doniesieniami medialnymi i telegramowymi na temat wojny w Iranie (czy adekwatnie już w 19 państwach) patrzę na to, co się dzieje na Węgrzech, na reakcje ukraińskie. Jeszcze przed chwilą sobie obczaiłem wystąpienie ukraińskiego ambasadora w Polsce. Boże miły…
No i myślę sobie tak: patrzcie no, dopiero zaczął się nowy rok, przed nami jeszcze Armageddon w Iranie, Armageddon w Izraelu, wojna domowa w Libanie, wojna węgiersko-ukraińska, ze dwa „orzeszniki” w Kijowie, może jeden we Lwowie – i zaraz Boże Narodzenie. gwałtownie zleci!
Aha, no i po drodze jeszcze kompletny kolaps ekonomiczny na poziomie globalnym, w wyniku odcięcia dostaw ropy i gazu przez cieśninę Ormuz.

3 dni temu





