Po ponad trzydziestu dniach izraelsko-amerykańskiej agresji na Iran nasuwa się zasadnicze pytanie: co osiągnęli Donald Trump i Benjamin Netanjahu w tej wojnie, na którą liczyli jako na szybkie i decydujące zwycięstwo?
Od pierwszych godzin Waszyngton i Tel Awiw promowały narrację, iż uderzenia wymierzone są w „głowę systemu” w Iranie i doprowadzą do załamania kierownictwa oraz sparaliżowania zdolności państwa do odpowiedzi. Mówiono o eliminacji kluczowych dowódców i precyzyjnych atakach, które zakończą zagrożenie ze strony Iranu. Jednak z biegiem dni okazało się, iż była to część równoległej wojny informacyjnej, mającej podnieść morale wewnętrzne i wprowadzić w błąd opinię publiczną na świecie.
Na ziemi obraz był zupełnie inny. Tysiące cywilów padło ofiarą bombardowań, w tym setki dzieci w szkołach i dzielnicach mieszkalnych. Te zbrodnie nie osłabiły państwa irańskiego, ale przyniosły odwrotny skutek: szeroką mobilizację społeczną wokół przywództwa oraz wzmocnienie ducha oporu. Narody poddane zewnętrznej agresji nie upadają łatwo — przeciwnie, jednoczą się. Tak stało się w Iranie.
Na poziomie militarnym nie nastąpiło „szybkie rozstrzygnięcie”, które zapowiadali Trump i Netanjahu. Wręcz przeciwnie — Iran pokazał zdolność do odpowiedzi i prowadzenia długotrwałej konfrontacji. Z czasem zaczęła się kształtować nowa równowaga odstraszania, której istotą jest fakt, iż ta wojna nie będzie łatwa ani krótka, a jej koszty będą rosły.
Donald Trump, który rozpoczął swoją drugą kadencję od agresywnej i konfrontacyjnej polityki, nie ograniczył się do eskalacji napięć na Bliskim Wschodzie. Wcześniej groził różnym państwom — od Kanady po Wenezuelę — a choćby sugerował destabilizację małych krajów, takich jak Grenada. Taka postawa odzwierciedla mentalność hegemonii, która coraz mniej odpowiada realiom gwałtownie zmieniającego się świata. Historii nie czyta się wyłącznie przez pryzmat siły — wymaga ona zrozumienia doświadczeń narodów, a Iran nie jest państwem, które można łatwo podporządkować.
Podobnie Benjamin Netanjahu, który prowadził niszczycielską wojnę w Strefie Gazy i dopuścił się zbrodni o charakterze ludobójczym wobec narodu palestyńskiego, wszedł w tę konfrontację przekonany o szybkim zwycięstwie. Liczył na odbudowę swojej pozycji politycznej i realizację wizji „Wielkiego Izraela”. Dziś jednak stoi wobec zupełnie innej rzeczywistości: wielu frontów, rosnącej presji międzynarodowej oraz pogarszającego się wizerunku Izraela na świecie.
Najbardziej niepokojące jest to, iż ta wojna ujawniła granice amerykańskiej siły w regionie. Bazy wojskowe wykorzystywane przez USA w Zatoce Perskiej nie są już tak bezpieczne, jak wcześniej sądzono, i stały się bezpośrednim celem zagrożeń. Budzi to rosnący niepokój wśród państw Zatoki, które zaczynają rozumieć, iż amerykańska ochrona nie jest absolutną gwarancją bezpieczeństwa.
To, co się dziś dzieje, wpisuje się w szerszy kontekst: stopniowy spadek amerykańskiej hegemonii w systemie międzynarodowym. Świat nie jest już jednobiegunowy jak po zakończeniu zimnej wojny, ale zmierza w kierunku wielobiegunowości, narzucanej przez nowe potęgi i niezależne siły. Wojny prowadzone według logiki ubiegłego wieku mogą przynosić skutki odwrotne do zamierzonych — co widzimy obecnie.
Donald Trump i Benjamin Netanjahu chcieli, aby ta wojna była demonstracją siły i narzędziem odstraszania. Tymczasem stała się ona testem granic tej siły. W miarę trwania konfliktu coraz wyraźniej widać niepowodzenie deklarowanych celów, przy jednoczesnej odporności Iranu i jego wewnętrznej spójności.
Ta wojna może nie zakończyć się szybko, a nadchodzące dni mogą przynieść dalszą eskalację. Jedno jest jednak pewne: mamy do czynienia z momentem przełomowym. Gdy siła przestaje przynosić rezultaty, a zaczyna być strategicznym obciążeniem, równowaga sił ulega zmianie.
W tym kontekście świat zdaje się stać u progu nowej epoki — epoki, w której zdolność Stanów Zjednoczonych do narzucania swojej woli słabnie, a inne siły zaczynają odgrywać coraz większą rolę. jeżeli obecna polityka oparta na agresji i dominacji będzie kontynuowana, skutkiem nie będzie tylko porażka w pojedynczych konfliktach, ale przyspieszenie upadku amerykańskiej hegemonii na świecie.
Historia pisze się dziś nie w deklaracjach, ale w realiach pola walki. A to, co obserwujemy, wskazuje wyraźnie: era jednostronnych dyktatów dobiega końca, a narody, które potrafią się bronić i jednoczyć, są w stanie zmieniać układ sił — niezależnie od potęgi przeciwnika.

1 dzień temu