Boliwia płonie! Takie są tytuły w serwisach informacyjnych zarówno oficjalnych, jak i społecznościowych. Wszystko wskazuje, iż ten południowoamerykański kraj ogarnięty jest gigantycznym buntem, w których uczestniczą tysiące ludzi. Niepokoje społeczne w Boliwii zaczęły się już w grudniu 2025, czyli zaledwie miesiąc po wyborczym zwycięstwie prawicy.
Wybory prezydenckie w Boliwii odbyły w listopadzie 2025 i wyniosły do władzy Rodrigo Paz Pereirę, kandydata Partii Chrześcijańsko Demokratycznej. Nowy prezydent Boliwii jest naturalizowanym Boliwijczykiem; urodził się w Santiago de Compostela, w Hiszpanii. Studiował Ekonomię i Stosunki Międzynarodowe na American University w Waszyngtonie. Jego hasłem wyborczym było: „kapitalizm dla wszystkich”. Zaraz po objęciu władzy rozpoczął realizację neoliberalnych reform. Już w grudniu ogłosił obcięcie o 30% wydatków publicznych. Jednocześnie, celem promowania inicjatywy prywatnej, zniósł podatek od wielkich fortun, podatek od transakcji finansowych, podatek od gier hazardowych i podatek od promocji firm prywatnych. Uczynił też pewien gest symboliczny. Jak wiadomo Boliwia jest oficjalnie państwem wieloetnicznym i wielokulturowym. Struktura etniczna kraju jest następująca: Metysi – ok. 46,3%, Indianie – 38,4%, biali – 15%. Mieszkają tu także niewielkie grupy Afrykanów i Azjatów. Obok hiszpańskiego, trzy indiańskie języki są tu uznawane za oficjalne: aymara, quechua i guarani. Na obszarze Boliwii mieszka 36 ludów indiańskich. Zaznaczeniem prawnym tej wieloetniczności jest indiańska flaga whipala ustawiona w parlamencie i siedzibie rządu. Z powodu nieuznawania tej wieloetniczności Paz kazał zdjąć tę flagę. Odnowił przyjazne relacje ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem. Wprowadził do kraju agentów DEA i zalecił zamontować system Starlink. Poparł amerykańską agresję na Wenezuelę 3 stycznia 2026 i odciął się od relacji z Kubą i Nikaraguą.
Nowy prezydent podciął subsydia państwowe do paliw, gdyż uznał, iż rujnuje to skarb państwa. W efekcie podcięcia tych dopłat ceny benzyny skoczyły o 86%, a ceny ropy naftowej o 162%. Pociągnęło to za sobą zwyżkę cen innych produktów. Rezultat tych posunięć nie dał na siebie długo czekać. Centrale związkowe COB (Central Obrera Boliviana) i Narodowa Federacja Spółdzielń Górniczych (Federacion Nacional de Cooperativas Mineras de Bolivia ogłosiły demonstracje i wiece w obronie subsydiów i przeciw zwyżce cen. Jednocześnie okazało się iż paliwo dostarczane przez przedsiębiorstwo Yacimientos Petroliferos Fiscales Bolivianos za pośrednictwem Systemu Rejestracji i Oszacowania Ryzyka (Sistema de Registro y Evaluacion de Contingencia) było zanieczyszczone gumą i manganem. Spowodowało to uszkodzenie około 10 000 samochodów. Pod adresem rządu i przedsiębiorstwa YPFB napłynęło tysiące reklamacji domagających się rekompensaty za zepsute samochody. Rząd tłumaczył, iż winę za ten stan ponosi poprzedni prezydent Luis Arce. Warto zaznaczyć, iż Boliwia, która w czasach Evo Moralesa eksportowała gaz ziemny i ropę w tej chwili importuje większość paliw z Argentyny, Chile i Paragwaju.
Od tego momentu protesty i strajki stały się codziennością Boliwii. Neoliberalny rząd w La Paz kontynuował swoje zamierzenia nie reagując na przejawy niezadowolenia. Prawdziwa detonacja społecznego gniewu nastąpiła gdy 10 kwietnia gabinet Rodrigo Paz ogłosił ustawę 1720, która powstała z inicjatywy senatora Branko Marinkovica, aktualnego ministra gospodarki i finansów. Wstępem do wprowadzenia tej ustawy było uchylenie przez rząd ustawy O Przekształceniach Własności Ziemi. Ustawa ta upoważniała Narodowy Instytut ds. Reformy Rolnej (Nacional Instituto de Reforma Agraria) do podjęcia działań mających na celu przekształcanie małej własności ziemskiej w średnią. Proces ten według ustawodawcy miał być dobrowolny i ułatwiający zdobywanie kredytów bankowych na rozwój. Ustawa 1720 została zaakceptowana przez przywódców Konfederacji Ludów Indiańskich Wschodniej Boliwii (Confederacion de Pueblos Indigenas del Oriente Boliviano). Wprowadzenie tej ustawy prawie natychmiast wywołało sprzeciw. Środowiska indiańskie oskarżyły przywódców Konfederacji o zdradę. Posypały się argumenty przeciw ustawie. Przeciwnicy ustawy 1720 wskazują, iż narusza ona 394 artykuł konstytucji boliwijskiej, w którym wyraźnie mówi się o państwowych gwarancjach i ochronie małej własności ziemskiej należącej do Indian i Metysów. Przeciwnicy ustawy wskazują, iż niesie ona ze sobą niebezpieczeństwo stopniowej kumulacji małej własności, zadłużania jej a w konsekwencji wykupu przez miejscowych latyfundystów i wielkie firmy zagraniczne. Były także zarzuty, iż ustawa uderzy w środowisko naturalne.
Warto w tym momencie wyjaśnić kim jest Branko Marinkovic, główny pomysłodawca kontrowersyjnej ustawy. Otóż Marinkovic wywodzi się z rodziny ustaszowskich „przesiedleńców”. W latach 1945–1950 wywiady angielski, amerykański i watykański przemieściły do Boliwii ponad 5.000 chorwackich faszystów by uchronić ich przed jugosłowiańskim wymiarem sprawiedliwości. USA i Wielka Brytania zalecały rządom boliwijskim aby roztoczyły nad nimi opiekę i ułatwiły im osiąganie odpowiedniej pozycji. Zachód słusznie liczył, iż ci ludzie lub ich potomkowie mogą się przydać w szerzeniu niepokojów lub tępieniu postępowych ruchów społecznych. Potomkowie ustaszów do dziś wyznają swoją ideologię, a portrety Ante Pavelica zdobią ściany wielu chorwackich domów. Marinkovic jest synem jednego z „przesiedleńców” i należy do potentatów przemysłu rolno spożywczego. Jest właścicielem jednego z największych w Ameryce Łacińskiej i Europie koncernów rolno spożywczych Industrias Oleaginosas S.A., który zajmuje się produkcją olejów spożywczych. Koncern ma siedzibę w prowincji Santa Cruz, głównym bastionie oligarchii boliwijskiej. W Santa Cruz ma także swoje przedstawicielstwo słynny amerykański koncern Cargill, największy producent soi na świecie.
Te fakty być może mają związek z ustawą 1720. Mimo, iż niepokoje społeczne w Boliwii są codziennością od początku roku, to z pewnością rząd w La Paz nie spodziewał się takiej eksplozji gniewu i niezadowolenia, jaką ta ustawa wywołała. 1 maja Boliwijska Centrala Robotnicza ogłosiła bezterminowy, ogólnokrajowy strajk. Związek domagał się podwyżek płac dla pracowników wysokości 20%, zagwarantowania dostaw dobrego jakościowo paliwa, zaprzestania cięć publicznych, anulowania ustawy 1720 etc. Odezw na wezwanie do protestów był tak wielki, iż całkowicie zaskoczył rząd. Do protestów przyłączały się: Federacion Sindical de Trabajadores Mineros de Bolivia (Federacja Związkowa Górników), Confederacion Sindical Unica de Trabajadores Campesinos de Bolivia (Konfederacja Związkowa Pracowników Wiejskich, głównie Indian Aymara i Quechua), Sindicatos de Maestros (Związek Zawodowy Nauczycieli) , Sindicatos de Trabajadores de Salud (Zwiazek Zawodowy Pracowników Służby Zdrowia), Federaciones Departamentales Tupac Katari (organizacje indiańskie ze wszystkich departamentów i prowincji boliwijskich odwołujące się do tradycji powstania z 1780, Ponchos Rojos (Czerwone Poncza, indiańska bardzo radykalna organizacja dysponująca formacjami uzbrojonymi w broń palną; Czerwone Poncza są nazywani armią Evo Moralesa), Estamos Volviendo Obedeciendo al Pueblo (Jesteśmy Znowu Wierni Ludowi, nowa partia polityczna stworzona w 2025 r. przez Evo Moralesa), Seis Federaciones del Tropico de Cochabamaba (związki zawodowe cocaleros – rolników uprawiających pola koki).
Protesty antyrządowe przybrały prawie od razu gwałtowną formę. 4 maja setki Indian z Beni i Pando podjęło marsz na stolicę, który trwał 28 dni. Domagali się anulowania ustawy 1720. Innym wydarzeniem był „marsz dla życia” zainicjowany przez Evo Moralesa, który rozpoczął się w departamencie Oruro a zakończył w La Paz. Równocześnie wyżej wymienione organizacje rozpoczęły blokady autostrad. Zablokowano autostrady i drogi przelotowe w 6 z 9 departamentów, w 64 najważniejszych miejscach. Najbardziej zablokowana została stolica, w 15 punktach. Cochabamaba – w 11 punktach, Oruro – w 10 punktach, Chuquisaca, w 3 punktach, Santa Cruz de Sierra w 3 punktach etc. Blokady dróg i autostrad wywołują w miastach braki w zaopatrzeniu, np. w żywność, leki etc. 12 maja do blokad i marszów przyłączyła się Central Obrera Departamental de Orurto. Rozruchy i walki uliczne rozpoczęły się w El Alto w rejonie Rio Seco. 13 maja policja rozpoczęła odblokowywanie Ruta 3 na odcinku La Paz i Coroico, oraz w rejonie Yungas. Jednocześnie w La Paz i innych miastach siły porządkowe ścierały się z demonstrantami. W rezultacie zaaresztowano 310 osób, rannych zostało 23 a zabitych zostało 7 osób. Jednocześnie z demonstracjami antyrządowymi pojawiły się także demonstracje prorządowe. Organizowały je: Resistencia Ciudadana Paceña i Union Juvenil Cruzeñista (Unia Młodzieżowa z Santa Cruz, organizacja o faszyzującym charakterze). W trakcie zamieszek biali demonstranci z Santa Cruz podeptali i spalili indiańską flagę whipala. Ten gest jedynie podgrzał atmosferę, a organizacje indiańskie z tym większą ochotą angażowały się w rozruchy. Ilość zablokowanych miejsc na autostradach wzrosła do 150.
13 maja rząd Paz Pereiry pod wrażeniem protestów ogłosił wycofanie ustawy 1720. Nie uspokoiło to jednak nastrojów. Do protestów przyłączyły się związki zawodowe transportowców i górników. Pod adresem prezydenta padały kolejne zarzuty. Wilma Colque Sanchez, indiańska działaczka z Seis Federaciones del Tropico przypomniała kwestię litu. Zarzuciła nie bez podstaw, iż obecny rząd pracuje nad prywatyzacją i udostępnieniem złóż litu amerykańskim i międzynarodowym koncernom. Uznała to za zdradę interesów kraju. Warto zaznaczyć, iż kilka lat temu gdy w Boliwii, Chile i Argentynie władzę sprawowały rządy postępowe, szefowa USSouthern Command, generał Laura Richardson z naciskiem podkreślała, iż Stany Zjednoczone muszą wejść w posiadanie boliwijskiego litu i odciąć od jego eksploatacji Chiny i Rosję. Boliwia jest krajem posiadającym największe zasoby tego minerału na świecie. W kwietniu Caleb William Orr, podsekretarz departamentu ekonomii, energetyki i biznesu USA i boliwijski minister górnictwa Marco Antonio Calderon de la Barca podpisali porozumienie w sprawie użytkowania przez amerykańskie firmy boliwijskich kluczowych minerałów. Porozumienie to wzbudziło wielkie oburzenie wśród boliwijskich związkowców i Indian. W warunkach podgrzanej atmosfery postulaty ekonomiczne i społeczne zmieniły się w żądania polityczne. Mniej więcej w połowie maja związki zawodowe i organizacje indiańskie zażądały ustąpienia prezydenta Rodrigo Paz. Żądanie to szerokim echem przetoczyło się przez cały kraj zdobywając aprobatę większości. Tymczasem w łonie samej prawicy nastąpiły różnice zdań. Były prezydent Jorge „Tuto”Quiroga skrytykował ostro rząd zarzucając mu nieudolność. Podkreślił, iż Rodrigo Paz powinien przede wszystkim rozwiązać problem braków paliwa by uwiarygodnić swoją kompetencję. Nie ulega wątpliwości, iż rząd znalazł się w bardzo niewygodnej sytuacji. Rodrigo Paz zapowiedział, iż dysponuje konstytucyjnymi środkami by przywrócić porządek. „Czas (dla protestujących) się skończył!” – powiedział. Nie zrobiło to wrażenia na przeciwnikach rządu. Przywódcy Federacion Tupac Katari oświadczyli, iż czas rzeczywiście się skończył, ale dla prezydenta.
Rząd rozpoczął przygotowania do wprowadzenia w kraju stanu wyjątkowego, czemu ma służyć akceptacja ustawy 1732 przez obie izby zdominowanego przez prawice parlamentu. Jednocześnie wydano nakazy aresztowania Mario Argollo, sekretarza generalnego Boliwijskiej Centrali Robotniczej (COB) i Vicente Salazara, aktywisty Federacion Tupac Katari. Ponchos Rojos zapowiedziały, iż jeżeli policja i wojsko zacznie strzelać do ludzi indiańskie formacje zbrojne otworzą ogień do sił porządkowych. Vicente Choque, szef Federacion Sindical Unica de Trabajadores Campesinos oskarżył rząd, iż ma indiańską krew na rękach i zapowiedział walkę. Trzeba jednak dodać, iż pozycja rządu nie jest zbyt silna. W niektórych miejscach policja powstrzymuje się od jakichkolwiek akcji przeciw demonstrantom. Pewien oficer armii boliwijskiej oświadczył, iż Rodrigo Paz nie ma prawa wydawać rozkazów boliwijskiemu wojsku, bowiem jest Hiszpanem a nie Boliwijczykiem. Dodał on, iż w konstytucji kraju zapisane jest, iż tylko człowiek urodzony w Boliwii i mający obywatelstwo boliwijskie może sprawować władzę nad boliwijskimi siłami zbrojnymi. Czy jest to głos odosobniony czy też więcej oficerów boliwijskich myśli w ten sposób nie wiadomo, ale można to uznać za kolejną wskazówkę iż Rodrigo Paz nie może być pewny choćby tych najważniejszych dla niego, siłowych resortów. Rodrigo Paz wyczuwa to i ostatnio uderzył w pojednawcze tony zapraszając do dialogu związkowców i Indian. Jednak Federaciones Departamentales Tupac Katari i Ponchos Rojos oświadczyły, iż nie zostały zaproszone i w związku z tym będą kontynuować walkę aż do obalenia prezydenta. Tymczasem przez cały kraj przetacza się okrzyk „Rodrigo Paz renuncia!” (Rodrigo Paz musi odejść). W Cochabamba przebywa były prezydent Evo Morales. Uchodzi on, zwłaszcza według prawicowych mediów za głównego sprawcę i przywódcę rozruchów w Boliwii. W prawicowej propagandzie jest z pewnością dużo przesady, ale też trzeba powiedzieć, iż były prezydent cieszy się przez cały czas w Boliwii wielkim szacunkiem i siłą rzeczy może uchodzić za duszę obecnego buntu. Evo Morales oświadczył, iż wielokrotnie w ostatnich czasach usiłowano go zabić, nic więc dziwnego, iż jest on pilnie strzeżony przez tysiące swoich zwolenników. Miejmy nadzieję, iż nie są to zwolennicy na miarę tych, którzy strzegli Nicolasa Maduro.
Evo Morales wystąpił z kompromisową propozycją. Zaproponował by rząd ogłosił przedterminowe wybory w ciągu najbliższych 90 dni. Obiecał solennie, iż w tych wyborach nie wystawi swojej kandydatury. Rodrigo Paz wykonał następny gest dobrej woli i zdjął nakazy aresztowania z Mario Argollo i Vicente Salazara. Rząd Paz Pereiry na pewno się chwieje, ale nie należy zapominać o czynniku, który może być decydujący w tych wydarzeniach, mianowicie o Stanach Zjednoczonych. Waszyngton ma najważniejszy interes w kontrolowaniu Boliwii, zarówno ze względu na jej bogactwa naturalne ( np. lit, metale ziem rzadkich) jak i położenie strategiczne. Efektem tej kontroli będzie oczywiście nędza Boliwijczyków, ale ten aspekt amerykańskiej oligarchii nie interesuje. Biały Dom zapowiedział, iż nie dopuści do upadku obecnego rządu. Marco Rubio określił protestujących mianem bandytów i handlarzy narkotyków. Evo Morales przestrzegł, iż Waszyngton rozpocznie destabilizację Boliwii dzięki działań agentów DEA lub dokona inwazji siłami USSouthern Command. Można się też liczyć z próbami powtórzenia „wariantu wenezuelskiego”. Reprezentanci z Federaciones Tupac Katari alarmują o akcjach szpiegowskich dokonywanych przez amerykańskich agentów w Boliwii, głównie w departamentach Santa Cruz, Beni i Cochabamba. Przygotowują oni akty sabotażu i terrorystyczne zamachy na życie przywódców poszczególnych organizacji. Penetrują działające w Boliwii linie telefonii komórkowej Entel (firma państwowa) i Tigo (grupa Milicom). Posługują się zaawansowaną technologią by interweniować w funkcjonowanie poszczególnych komórek. Odnotowano 292 takie przypadki.
Jak widać sytuacja w Boliwii jest bardzo dynamiczna i trudno przewidzieć jak się dalej potoczy. Siłą boliwijskiego ruchu jest jego głębia i wieloaspektowość. Na typowy lewicowy protest społeczny nałożył się bowiem konflikt kulturowy, trwająca od 500 lat walka świata białych ze światem Indian. Obydwa światy istnieją obok siebie, ale się nie przenikają. Mimo nacisku cywilizacji zachodniej Indianie zachowali swój sposób myślenia. W Boliwii biała mniejszość traktuje autochtonów z wielką pogardą. Mówią o nich „małpy” albo „zasrani Indianie”. Latyfundyści z Santa Cruz wciąż wynajmują paramilitarne bojówki lub zwykłych bandytów do terroryzowania indiańskich wspólnot. Bunt rozpoczęty 1 maja zachęcił Indian do walki o własną kulturę i własną godność. Federaciones Departamentales Tupac Katari czy Ponchos Rojos uchodzą za organizacje lewicowe i pewnie jest w tym sporo prawdy. Ale w istocie rzeczy organizacje te nie odwołują się do Marksa, Lenina, Che Guevary czy choćby Hugo Chaveza. Mają własnych bohaterów takich jak Tupac Katari i jego żona Bartolina Sisa. To małżeństwo dowodziło Indianami w rejonie dawnego Alto Peru podczas wielkiego powstania z lat 1780 – 1783. Oboje ponieśli okrutną śmierć z rąk Hiszpanów. Do dziś są symbolami do jakich zwraca się autochtoniczna ludność Boliwii. Patrząc z tego punktu widzenia można założyć, iż jest możliwe obalenie rządu Rodrigo Paz. Usunięcie neoliberałów przez ruch ludowy i indiański byłoby zjawiskiem bez precedensu na zachodniej półkuli, od kilkudziesięciu lat. Być może wzmocniłoby to i dodałoby sił wszystkim ruchom postępowym w całej Ameryce Łacińskiej.
Ale możliwe jest także, iż reżim neoliberalny w La Paz przetrwa, bowiem Stany Zjednoczone są tym absolutnie zainteresowane. Anglosaska oligarchia będzie walczyła do końca o utrzymanie systemu przemocy i wyzysku, bowiem z niego żyje.

8 godzin temu






